Relacja z podróży - Brunei

Meczet w Brunei

Meczet w Bandar Seri Begawan. Foto: Anna Hołowko

Głupio mi się robi, kiedy myślę o wyjeździe do Brunei. Dopiero na miejscu zorientowałem się, że pojechałem do tego kraju łykając bez rozmysłu wszystko, co napisane jest w internecie. Pojechałem do Brunei z wyrobioną opinią. Na miejscu okazało się, że moja wyrobiona opinia jest zakłamana i nieprawdziwa.

Lądujemy na azjatyckiej wyspie Borneo. Dolecieliśmy do Brunei. To malutkie państwo (wielkości około 10-ciu Warszaw) zamieszkane przez około 400 tysięcy mieszkańców. Kiedyś ten kraj był potęgą w regionie – sięgał filipińskich wysp i zajmował całą wyspę Borneo. Dzisiaj z wielkości pozostało jedynie bogactwo. Wielkie bogactwo.

Brunei to cholernie bogate państwo (złoża ropy), na którego czele stoi Sułtan, jedna z najbogatszych osób na świecie. Ciężko oszacować jego majątek, mówi się o widełkach od 20 miliardów USD (w tym przypadku Sułtan znajduje się w pięćdziesiątce najbogatszych osób na świecie) do 80 miliardów USD (w tym przypadku Sułtan jest najbogatszym człowiekiem na świecie, wyprzedzając od kilkaset milionów dolarów drugiego na liście, Billa Gatesa). Niezależnie od tego, po której stronie widełek leży prawda, kuriozalne bogactwo Sultana, 2000 luksusowych samochodów w jego „garażu”, prywatny samolot ze złotym wnętrzem, czy złote klamki w jego pałacu, jest na tyle absurdalne, że nie można mu zazdrościć. Możemy wrócić Polskimi myślami do sąsiada, któremu życzymy od lat, żeby powinęła mu się noga, popsuł się samochód a jego ładna żona dostała raka. Pod względem PKB per capita (dane na 2014 rok), Brunei znajduje się na czwartym miejscu na świecie (wyprzedza go jedynie Katar, Luksemburg i Singapur) – wynosi 73 233 USD. Dla porównania, Polska jest na 46 miejscu (25 105 USD). Co warto dodać, w Brunei nie ma rzekomo podatków, biedy, służba zdrowia i leczenie jest dla każdego Brunejczyka sponsorowane przez Sułtana… Ile jest w tym wszystkim prawdy?

Brunei

Meczet w Bandar Seri Begawan. Foto: internet

To jedno ze zdjęć "latających" po polskim internecie, pokazujących, jak NIBY naprawdę jest w Brunei, jednym z najbogatszych krajów na świecie. Na głównym planie jest rzekomo pałac Sułtana (a de facto nie jest to pałac tylko meczet), w tle ubogie, sypiące się slumsy, zwykłych, biednych mieszkańców. To głupie, ale byłem pewien, że moje wyobrażenie i relacja z Brunei będzie zwracała właśnie na to uwagę – Sułtana, jednego z najbogatszych ludzi na świecie i biednych mieszkańców.

Jesteśmy na lotnisku KLIA2 w Kuala Lumpur. Właśnie wróciliśmy z Kambodży. Za kilka godzin mamy lot do Brunei. Mimo wcześniejszych planów, rezygnujemy z kursu do miasta. Zamiast tego idziemy do KFC, najadamy się jak prosiaki, w „7-eleven” kupujemy picie i idziemy „na dywan”. To jedno z tych fajnych miejsc na lotnisku, gdzie jest dywan i peleton śpiących turystów.

W samolocie do Brunei jesteśmy jedynymi białymi. Dolatujemy na lotnisko. Małe, ale ładne. Na lotnisku ludzie dla nas bardzo przyjaźni. Przed lotniskiem jedni z pasażerów naszego samolotu zagadują nas. Pytają, po co tutaj przyjechaliśmy. Mówimy, że turystycznie. Śmichy chichy. Do Brunei na wakacje? Tutaj nie ma ani klubów, ani nawet pubów, alkohol jest zakazany, a ulice są przeważnie puste i nic się nie dzieje. Zobaczymy.

Lotnisko w Brunei

Meczet w Bandar Seri Begawan. Foto: Cbad, flickr.com

Wyszliśmy przed lotnisko. Czekamy na busa. Jeździ co około 30 minut, zatrzymuje się na lotnisku i jedzie do samego centrum. Kosztuje jednego brunejskiego dolara (1 BND = 2,61 PLN). Do autobusu jednak nie wsiadamy – zaczepiła nas para, z którą rozmawiamy na lotnisku. Zaproponowali podwózkę. Z uśmiechem na ustach władowaliśmy się od ich Toyoty Hillux. Podałem adres naszego noclegu (tak mi się przynajmniej wydawało) - Simpang 229. Znajdował się tam Apek Utama Hotel. Niestety, „Simpang 229” nie znajduje się w GPSie poznanej przez nas pary. Pokazuję zrzut ekranu z mapą, gdzie zaznaczony mam ten hotel. Jakieś 3 lub 4 kilometry od centrum. „Ohhh nooo, no” – rzucił szybko mężczyzna, mówiąc, że tam na pewno nie ma Simpang 229, że to jest daleko poza centrum i zrzut ekranu z mapą jest na 100% zły. Wrzucił dla przykładu w GPS „Simpang” o kilka numerów wyższych i niższych. W końcu jeden z wpisanych numerów znalazło na mapie. Było bardzo daleko poza centrum, a nawet bardzo daleko poza miastem. Nasz towarzysz mówi, żebyśmy tam pojechali, skoro są numery 200-kilka, to na pewno gdzieś obok jest jakaś malutka uliczka 229. Zarzekam się, że jestem pewien, że nocleg jest przy samym centrum. Poprosiłem o kurs do centrum, tam sobie wysiądziemy i pieszo dojdziemy w miejsce, które mamy na mapie. Mężczyzna znów zaczął się zarzekać, że tam na pewno nie jest Simpang 229, skoro daleko poza miastem są numery powyżej 200. Powiedziałem, że w takim razie może wyjdziemy z samochodu i pojedziemy busem. Raczej sprawiłem mu tym przykrość, powiedział, że nie ma co, obiecali, że nas zawiozą, to nas zawiozą. A on jest pewien, że Simpang 229 jest poza miastem. No to jedziemy.

Pięknie i pusto!

Szybko stwierdziliśmy z Anią, że Brunei jest przepiękne. Czyste, zadbane, zielone. Najciekawsze jest jednak to, że jest praktycznie puste. Na drogach jest bardzo mało samochodów, na chodnikach przy jezdni spaceruje niewiele osób. Jest cisza i spokój. Porozmawialiśmy trochę z naszymi nowymi znajomymi. Pracują w Malezji, są z jakiegoś Brunejskiego miasteczka, do stolicy praktycznie nigdy nie zajeżdżali, a w swoim kraju praktycznie ich nie ma. Dotarło do mnie, że nasza multikulturowa, fantastyczna czwórka raczej nie znajdzie Simpang 229. Tak też się stało. Krążyliśmy wokół różnych numerów – wszystkie mijane przez nas Simpangi były bliskie naszemu 229, jednak naszego numeru nie mogliśmy znaleźć.

Nasz przypadkowy przewodnik jest bardzo zestresowany, zlał się potem, aż pogryzły nas wyrzuty sumienia, że zrobiliśmy mu taki problem. Dla wielu Azjatów sytuacja, w której nie może pomóc to wielka hańba. Przekonujemy, że na pewno musi tutaj być te cholerne 229. Pewnie w jednej z uliczek, do których nie można wjechać, trzeba podejść pieszo. Po krótkiej wymianie zdań nasi towarzysze niechętnie zgadzają się na nasze wyjście – przekonujemy, że zaraz pewnie znajdziemy to miejsce, a oni niech jadą dalej. A mogliśmy poczekać na autobus i nie tracić tyle czasu. Wyszliśmy na dwupasmowej drodze. Po prawej stronie były śliczne domki, po lewej świeżo wyremontowane, jednopiętrowe, długie bloczki, coś jak nasze szeregowce, wyglądające jednak jak budynek mieszkalny, tylko że pozbawiony pięter. Samochód odjechał, a my zaczęliśmy zastanawiać się, którędy do stolicy. Nie ma kogo spytać. Totalne pustki, cisza jak w 2007 na maturze z języka polskiego, jedynym dowodem na to, że czas nie stanął w miejscu była trawa tańcząca na wietrze i motyle latające między kwiatami. Idziemy przed siebie, Mijamy Simpang 220, a kilkadziesiąt metrów dalej Simpang 231. Nie ma Simpang 229. W sumie sami zastanawiamy się dlaczego. Mimo, że na mapie miałem lokalizację hotelu, sami pomyśleliśmy, że to przecież logiczne, że numery muszą być przecież obok siebie. Skoro tutaj jest Simpang 231, to idąc tą ulicą albo ulicą obok znajdziemy zaraz Simpang 229.

Szukamy Simpang 229

Skręcamy w Simpang 231. Idziemy pod górę i idziemy, mijając przepiękne domy, przystrzyżone trawniki i puste chodniki. Dochodzimy do końca ulicy. Nie ma Simpang 229. Idziemy w następną, blisko-numerową uliczkę. Nie ma Simpang 229, jest malutki sklep. Wchodzimy do niego, w środku panował rodzinny nastrój i w zasadzie w sklepie siedziała cała rodzina. Ucieszyli się na nasz widok, uściskali nas i poradzili iść główną ulicą w prawo, za kilkaset metrów będzie przystanek autobusowy, przy którym zatrzymuje się autobus komunikacji miejskiej Bandar Seri Begawan, stolicy Brunei. Autobus może być za pół godziny albo za godzinę. Ufff. Idziemy. Po kilkuset metrach dotarliśmy, siadamy na przystanku i czekamy. Co jakiś czas wychodzą do nas osoby, które zauważyły nas w swoich domach i mieszkaniach po drugiej stronie ulicy. Nie wiedzą gdzie jest Simpang 229. Nigdy o tym nie myśleli.

Siedzimy na przystanku ponad pół godziny. W międzyczasie zatrzymuje się jeden samochód, kierowca oferuje, że nas podwiezie. Dziękujemy, zaraz powinno coś podjechać. Nie podjeżdża. Niedługo zatrzymuje się kolejny samochód z tą samą propozycją. Tym razem korzystamy z niej. Jedziemy ponad 20km, a kierowca, w momencie dojazdu do hotelu oświadczył nam, że tak naprawdę jest taksówkarzem i będzie chciał opłaty za kurs. Rzuciliśmy mu 15 dolarów i zdenerwowani poszliśmy do hotelu. Nasz dzień zakończyliśmy wizytą w sklepie i małymi zakupami, kupiliśmy wodę, bezalkoholowe piwo, cakoi (przepyszne ciasto z głębokiego oleju), nasi lemak (kurczak z ryżem) i begedil (kotleciki z ziemniaków i różnych dodatków).

Następnego dnia wstaliśmy troszeczkę później. Szybki prysznic, wolne śniadanie i spacer do miasta. Bandar Seri Begawan jest przepiękne! Nowoczesne, bogate, bardzo zadbane i… puste. Sprawiające wrażenie opuszczonego. Nie ma w nim ludzi! Mimo, że stolica Brunei posiada na papierze 150 000 mieszkańców, to w rzeczywistości w samym mieście/centrum żyje około 20 000 osób. Reszta żyje na obrzeżach miasta i... na rzece . Miasto zrobione jest z wielką pompą, jest duże, nowoczesne.... Tylko ludzi brak i ulice są niesamowicie PUSTE. To wszystko sprawia niesamowite wrażenie, człowiek ma uczucie jakby trafił do wymarłego miasteczka. Wszystko jest jednak zadbane, co sprawia wrażenie, jakby miasto było świeżo ewakuowane po wybuchu jakiejś epidemii.

Centrum Bandar Seri Begawan

Centrum Bandar Seri Begawan. Foto: Anna Hołowko

Brunei

Deptak centrum handlowego, sobotnie popołudnie. Foto: Mateusz Jakubowski

Serce miasta to oczywiście Meczet Sułtana Omara Ali Saifuddiena. Jest przepiękny, monumentalny i zgrabny zarazem. Mając za plecami śliczne centrum handlowe Kompleks Yayasan Sultan Haji Hassanal Bolkiah, zbudowane po obu stronach szerokiego deptaka, mając na wprost meczet, po prawej jego stronie sąsiaduje z nim główna ulica miasta, a po lewej rzeka Brunei, na której, ze 100 metrów od brzegów zaczyna się osiedle/miasteczko Kampong Ayer. To największe na świecie miasto położone na wodzie.

Brunei - miasteczko Kampong Ayer

Miasteczko Kampong Ayer. Foto: Mateusz Jakubowski

Prawie 40 tysięcy osób mieszka tutaj w domkach zbudowanych na palach. Między domkami ciągną się spacerowe alejki, są sklepy, kilka meczetów, szkoła, no i nawet szpital. Co ciekawe, to miasteczko istnieje już ponad 1000 lat… Kampong Ayer to jeden z powodów dla którego stolica jest taka pusta. Komu chciałoby się płynąć na drugą stronę do miasta… Mieszkańcy mają ponoć lenia i wolne chwilę wolą spędzać w domach. O ile przejazd łódką z jednej strony na drugą jest dla nas atrakcją, o tyle po pewnym czasie też bym wolał siedzieć w domu, zamiast cisnąć łódką raz w jedną, raz w drugą stronę.

Przechodzimy obok meczetu. Mimo, że było poza godzinami zwiedzania, zaproszono nas do środka. Meczet jest potężny i piękny. Przy wejściu znajduje się telewizor w którym pokazana jest dość krótka historia obiektu. Nie jest ona ani długa, ani okazała. Wybudowano go w 1958 roku. Za prawie 10 mln dolarów. Pomysłodawcą i inicjatorem budowy był Omar Ali Saifuddien III, trzydziesty Sułtan Brunei. Warto dodać, że szczyt okrągłej wieży pokryty jest najprawdziwszym złotem.

Brunei Meczet

Meczet w Brunei. Foto: Mateusz Jakubowski

Wracamy do galerii handlowej. Kupujemy sobie dwa, obrzydliwe niedobre napoje – napój różany i tamaryndowy. Ze smutkiem w oczach pijemy i zachwalamy smak przed kobietą, która nam je przygotowała i pyta, jak smakują. Idziemy dalej. Siedzimy przy wybrzeżu, łapiemy powiew wiatru i przyglądamy się życiu w mieście. Ulice są puste, chodniki również. Rzeka przypomina, że nie jesteśmy sami na świecie – pływa po niej masa malutkich łódek. To Brunejczycy przewożący mieszkańców z „rzecznego miasta” do prawdziwego miasta. Mimo, że jest sobotnie popołudnie, nie ma kogo przewozić. Po pewnym czasie mija nas rodzina. Wszyscy podchodzą się z nami przywitać. A kilkanaście minut później, ławkę obok nas zajął chłopak mający może z 20 lat. Mimo, że prócz nas nie było tam nikogo, chłopak z partyzanta wyciągnął papierosa i odpalił go. Popalał go szybko chowając go cały czas w dłoniach opartych o nos.

Sporo się zasiedzieliśmy, była już 16:00. Ruszyliśmy szybko do Royal Regalia Building. Jest to muzeum położone niedaleko meczetu, które poświęcone jest Sułtanowi i jego rodzinie.

Royal Regalia Building w Brunei

Royal Regalia Building w Brunei. Foto: Mateusz Jakubowski

Wstęp do muzeum jest darmowy, jednak jest problem o którym nie wiedzieliśmy – muzeum zamykane jest o 17:00, za 40 minut… Musimy zdążyć. Przed wejściem na salę obsługa daje kluczyk do jednej z szafek i prosi o umieszczenie tam wszystkiego co mamy w kieszeniach i torebki. Robienie zdjęć jest zakazane i dość mocno egzekwowane. Zawartość muzeum jest niesamowita. W środku znajdziemy między innymi wystawę prezentów, jakie Sułtan dostał od głów innych państw. Znajdziemy tu m.in. wielki, brzydki, zielony wazon otrzymany od królowej Elżbiety II, czy złote maskotki z Igrzysk Olimpijskich w Pekinie, otrzymane przez Sułtana od Chińczyków. W innej, dużej sali znajdziemy natomiast rekonstrukcje koronacji Sułtana, mającej miejsce 1 sierpnia 1968 roku - eksponatem jest m.in. oryginalny rydwan, którym Sułtan poruszał się wtedy po mieście. Obok znajdują się manekiny ubrane w oficjalne, złote i srebrne zbroje, ciągnące i pilnujące rydwanu w tamtym dniu.

Rydwan Sułtana z Brunei

Rydwan Sułtana Brunei. Foto: CBad, flickr.com

Inne sale posiadają przegląd strojów rodziny Sułtańskiej oraz uginają się od złota w zaprezentowanych w muzeum sułtańskich regaliach. Wrażenia niesamowite, jest to jedno z najciekawszych muzeów w których byłem.

Po przejściu całego muzeum wracamy do skrzynki z naszymi rzeczami. Patrzę na zegarek… Dochodzi 18:00! Muzeum powinno być od godziny zamknięte. Idziemy szybko do siedzącej na wejściu kobiety, która wpuszcza do muzeum i wydaje kluczyki. Przepraszam ją, mówię, że naprawdę nie wiedzieliśmy, że jest już po godzinie zamknięcia, trzeba było zawołać nas… Kobieta przekonuje, że nie ma problemu, na co odpowiadam jej po prostu „dziękuję”. „To my dziękujemy, że przyjechaliście do Brunei” – odpowiedziała z uśmiechem. To idealna chwila, żebym to napisał – o ile w dużej części Azji panuje pozytywne podejście do turystów (chociaż to wszystko powoli umiera, wystarczy pomyśleć o oszustach w Kambodży, naciągaczach w Tajlandii i innych krajach, gdzie na turystę patrzy się tylko przez pryzmat chęci oszukania i wyciśnięcia pieniędzy), to właśnie w Brunei traktowano nas niesamowicie. Ciekawość, szacunek i, uwaga, uwaga – wdzięczność za to, że chciało się turyście odwiedzić malutkie Brunei, gdzie nie ma alkoholu, dyskotek i nie ma praktycznie turystycznych atrakcji, jest ogromna. To jeden z powodów przez który zakochaliśmy się w tym kraju!

Ślub przyszłego Sułtana, Abdula Malika

Byliśmy w Brunei w dniu ślubu najmłodszego syna Sułtana, Abdula Malika. Co ciekawe, fakt ten nie wniósł praktycznie nic w nasz wyjazd do Brunei i nasze spostrzeżenia. Mieszkańców na ulicy nie było, jedynym sygnałem, że w kraju dzieje się coś ważnego, były ozdoby ze zdjęciami Abdula Malika i jego wybranki w niektórych miejscach w centrum. Nic więcej.

Ozdoby ślubne Brunei

Jedna z nielicznych oznak tego, że Brunei trwa właśnie ślub syna Sułtana. Foto: Mateusz Jakubowski

Wieczorem w okolicy promenady w centrum otwiera się nocny market – trwa kilka godzin, ludzi praktycznie nie ma. Obok targu jest scena na której prezentowane są narodowe tańce i śpiewy. Nie ma alkoholu, ale inne atrakcje są zapewnione. Z tego co udało mi się dowiedzieć, przedstawienia są praktycznie codziennie. Oczywiście za darmo.

Brunei wieczorem

Brunei nocą. Foto: Mateusz Jakubowski

Po zakupach w jednym ze sklepów ruszyliśmy pieszo do hotelu. W ostateczności dojechaliśmy do niego samochodem, podrzuciła nas parka jadąca w tamtym kierunku.

Łódką na małpy i wioskę na wodzie

Następnego dnia mieliśmy w planach popłynięcie łódką na wodne miasteczko Kampung Ayer, a następnie popływanie w poszukiwaniu małp nosaczy – charakterystycznych małp żyjących wyłącznie na wyspie Borneo, będących symbolem wyspy oraz jednym z symboli Brunei. Po skromnym śniadaniu poszliśmy nad rzekę wypatrywać przewoźników na łódkach. Po chwili podpłynął do nas jeden z nich zapraszając do wejścia na pokład. Nie rozumiał ani jednego naszego słowa, ani nawet pytania „how much”. Dziękujemy i odchodzimy kilka metrów dalej. Drugi, Pulchniutki Mas był dużo bardziej konkretny, znał w miarę angielski i zaproponował 10 dolarów Brunei za godzinny kurs. Zgodziliśmy się.

Brunei

Brunei. Foto: Mateusz Jakubowski

Mas był bardzo zadowolony ze spotkania z nami. „Mam kolegę, który wiózł ostatnio Australijczyka” – pochwalił się. Popłynęliśmy do Kampung Ayer i popływaliśmy „uliczkami” między domami. Domki są oryginalne, wbite na pal, chyba wszystkie z klimatyzacją i dużym metrażem. Gdzieniegdzie zdarzały się domki bardziej zaniedbane, ale wynikało to raczej z lenistwa, nie z biedy.

Chwilę później popłynęliśmy do niedalekiej wioski, gdzie Mas pochwalił się nam swojemu bratu i koledze. Tam popłynęliśmy do jego kolegów, Mas zorganizował łódkowe wyścigi. Ani się podobało, ja ze swoją masą prawie wypadłem za burtę próbując zrobić zdjęcia. Było śmiesznie. Dla Ani i Masa.

Bandar Seri Begawan

Wyścigi na Brunei River. Foto: Mateusz Jakubowski

Wróciliśmy na Kampung Ayer, a nasz towarzysz zaprosił nas do siebie - chciał przedstawić nas swojej rodzinie. Z wielką chęcią się zgodziliśmy.

Kampong Ayer

Jedna z "uliczek" Kampong Ayer. Foto: Mateusz Jakubowski

Po przepłynięciu kilkuset metrów zatrzymaliśmy się przy przystani, wyszliśmy z łódki, którą Mas zacumował. Ruszyliśmy najpierw spacerem i pochodziliśmy trochę po miasteczku, a następnie wróciliśmy do Masa, który zaprosił nas do domu. Jego dom był, jak praktycznie większość domów na Kampung Ayer, parterowcem. Był ogromny, na oko miał jakieś 150 metrów. Przywitała nas cała rodzina – żona Masa, jej mama oraz czwórka dzieci. Piąte nas nie przywitało bo akurat spało. Duże rodziny. To coś co rzuca się w oczy w Brunei. Jeżeli znajdziemy już kogoś na mieście, to jest bardzo duża szansa, że będzie to cała rodzina, mąż, żona + dużo dzieci.

Brunei

W komplecie z całą rodzinką. Foto: własne

Mas robi duże oczy słysząc od nas, że w dalekiej Polsce rodzina najczęściej ma teraz jedno dziecko. Bo na więcej nie stać. Równie wielkie oczy robi słysząc, że mało kto ma w Polsce tak duży dom/mieszkanie. Napawa go to nienadętą dumą, dziękuje za ciepłe słowa, mówiąc, że to wielki honor słyszeć dla niego coś takiego. Mówi, że u nich nie ma problemu z dziećmi bo i z pieniędzmi nie ma problemu. A co do wielkości czterech ścian, to tutaj jak chcesz, to wołasz znajomych i się budujesz…

Rodzinka uraczyła nas jedzeniem, porozmawialiśmy o podatkach

Prawdą jest, że w Brunei nie ma podatków. Praktycznie żadnych. Nie ma podatku VAT, nie ma podatku dochodowego… Osoba niepracująca na własny rachunek otrzymuje 93% swojej wypłaty. Odciągane jest jedynie 7%, które idzie na konto na przyszłą emeryturę, na którą przechodzi się w wieku 60 lat. Darmowa jest również nauka (w tym nawet mieszkanie w akademiku) i opieka medyczna – wszystkie cięższe przypadki, które trzeba leczyć zagranicą, są z automatu opłacane przez Sułtana.

A jak w Brunei pije się alkohol?

Oficjalnie alkohol jest w Brunei nielegalny. Zakaz jego sprzedaży obowiązuje na terenie całego Brunei. „Uważam, że to dobrze, dzięki temu na mieście nie mamy pijackich awantur i wybryków z pijanymi ludźmi” – mówi Mas, dodając, że oczywiście, zdarzają się w Brunei osoby szmuglujące i pijące alkohol, ale jest to naprawdę marginalne. Więcej na ten temat dowiedzieliśmy się od młodej pary, która podwiozła nas z centrum do hotelu. Część młodych w Brunei pije. Ale kryje się z tym i zazwyczaj ukrywa to nawet i przed rodzicami. W kraju można kupić alkohol, trzeba tylko wiedzieć gdzie i kogo pytać. A pije się nie w domu i nie w parku, tylko w… hotelu. Ktoś z paczki znajomych wynajmuje na noc pokój, paczka samotnie schodzi się do niego i robi w nim imprezę. Po przebudzeniu wszystko ładnie sprzątają i się rozchodzą.

Dom Brunejczyka

Dom, jak już pisałem, jest bardzo przestronny, posiada ogromny, około 20 metrowy przedpokój, z którego idą drzwi do pozostałych pokojów. Z salonu jest przejście do kuchni. W salonie znajduje się duża kanapa, stół, na ścianie wisi dumnie płaski telewizor, na oko 50 cali, w ścianie zamontowany jest zestaw głośników 5.1. Ściany salonu są gęsto pokryte fotografiami rodzinnymi. Obok fotografii całej rodziny, ubranej w narodowe szaty, wisi klimatyzator. Jest przyjemnie chłodno. W salonie jest jeszcze regał. Ugina się pod ciężarem statuetek i medali. To wszystko jednego z jego braci, piłkarza grającego w jednym z zespołów Brunejskiej Ekstraklasy.

Brunei

Część medali i statuetek. Foto: Mateusz Jakubowski

Ciekawa to liga. W Brunei Super League rywalizuje 10 drużyn. Grają ze sobą mecz i rewanż. Dwie najsłabsze spadają do drugiej ligi, Brunei Super League (w której gra 11 drużyn), a na ich miejsce wskakują dwie najlepsze drużyny z tejże ligi. Zespoły nie posiadają na swoim koncie międzynarodowych sukcesów, chociaż jest jeden wyjątek. To Brunei DPMM FC, należący do najstarszego syna Sułtana, Al-Muhtadee Billaha. Klub ze stolicy Brunei wygrał dwa razy krajową Ekstraklasę, po czym zdecydował się przenieść do ligi Malezyjskiej. Stamtąd zdecydował się przenieść do ligi singapurskiej (S.League) w której gra do dzisiaj.

Piłka nożna w Brunei - gwiazdy ligi

Gwiazdy DPMM FC to między innymi Craig Antony Fagan (grał m.in. w Hull City, Bradford City – kilkadziesiąt meczów w angielskiej Premier League), Joe Gamble (przed wyjazdem do Brunei pomógł w Irlandii zespołowi Limerick awansować do Premier Division), Brian Stuart McLean (kariera m.in. w Motherwell i Dundee United), czy największa gwiazda, Paulo Sérgio (wychowanek Sportingu Lizbona, wartość około 1 mln EUR wg. Transfermarkt.de, grał m.in. w Sportlingu Lizbona, Victorii Guimaraes i AEL Limassol). Gwiazdy podobne, a nawet trochę lepsze (patrząc na wartość rynkową) od gwiazd grających w polskiej ekstraklasie. Stadion zespołu (będący zarazem stadionem narodowym) posiada 30 000 miejsc. W rankingu FIFA Brunei zajmuje 182 lokatę, znajdując się między Nepalem a Makao. Jej największy sukces to zwycięstwo 4:1 z Filipinami w 1985 roku. Największa porażka to 12:0 ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi (2001r.).

Ruszamy dalej

Po jedzeniu i chwilowym odpoczynku Mas zaproponował, że popłyniemy szukać małp. Chwilę później byliśmy już w łódce i popłynęliśmy za miasto. Po drodze minęliśmy pałac Sułtana - Istana Nurul Iman palace (w tłumaczeniu: „pałac światłości i nadzei”). Jest to największy pałac na świecie (największa siedziba głowy państwa). Wybudowano go za ponad 1,5 miliarda dolarów. Ponad 200 tysięcy metrów kwadratowych. 1778 pokoi, 257 łazienek, garaż zapełniony dwoma tysiącami luksusowych samochodów (ponad 400 Bentleyów, 94 Aston Martin, 222 BMW, 192 Ferrari…

Brunei pałac Sułtana

Pałac Sułtana Brunei. Foto: Anna Hołowko

Brunei

Pięknie! Foto: Anna Hołowko

Małp ani śladu. Pływamy tak i pływamy, widoki mamy przepiękne. Ale nie ma małp! Spotykamy nawet krokodyla, Mas tłumaczy nam, że poziom wód jest już wysoki przez co spotkanie z krokodylem w kwietniu zdarza się rzadko. Warto dodać, że krokodyl jest praktycznie niewidoczny. Z wody wystają praktycznie tylko oczy i trzeba dużo zachodu i skupienia, aby je zauważyć. Pływamy wokół niesamowitych widoków, jest pięknie.

Brunei

I weź znajdź tu krokodyla... Foto: Anna Hołowko

Brunei

Bajeczne widoki. Foto: Mateusz Jakubowski

Brunei

Foto: Mateusz Jakubowski

Po kilkudziesięciu minutach pływania udało się! Pojawiły się małpki. Łącznie widzieliśmy może z 8 małp w różnych miejscach, wylegujących się na szczytach drzew. Małpy nie były zbyt towarzyskie, raczej unikały uwagi. Poza dwoma malcami – jeden z nich skoczył/spadł ze szczytu drzewa do wody. Jego kolega chwilę później wskoczył za nim.

Brunei Małpa

Udało się! Widzieliśmy w Brunei małpy. Foto: Anna Hołowko

Niedługo później Mas odstawił nas na brzegu w centrum stolicy. Pożegnaliśmy się, wymieniliśmy namiarami i rozstaliśmy. Obiecaliśmy, że jeszcze kiedyś się spotkamy! Zrobiliśmy zakupy, wzięliśmy plecaki i pojechaliśmy na lotnisko – o świcie mamy lot do Kuala Lumpur. Postanawiamy spać na lotnisku. Lotnisko w Brunei nie jest najlepsze do spania – wszystko przez klimatyzację, na lotnisku jest ZIMNO! I to tak naprawdę jedyna wada tego miejsca. Zaszyliśmy się na górze niedaleko bramek, pracownicy lotniska traktowali nas bardzo życzliwie i byli wyraźnie zainteresowani naszą obecnością. Tak bardzo, że po kilku godzinach przynieśli nam dwa duże zestawy narodowego przysmaku Brunei – nasi katok – czyli ryżu z kurczakiem i sosem, słodkim lub ostrym (my mieliśmy ten pierwszy wariant). Dziękuję za jedzenie, pytam, ile mamy zapłacić. „No problem, sir!” – odpowiedział Brunejczyk. Pytam, czy to na pewno nie problem. „a jaki to problem, przyjacielu, myślisz, że w Brunei mamy problem z brakiem ryżu?” – z uśmiechem na ustach odpowiedział nam jeden z pracowników lotniska i życzył smacznego.

Po kilku godzinach wsiedliśmy na pokład samolotu i obiecaliśmy sobie, że kiedyś wrócimy do Brunei – jednego z najciekawszych miejsc, jakie odwiedziliśmy.


comments powered by Disqus
Tagi: Brunei  

REKLAMA

Autor publikacji

Mateusz Jakubowski

Pomysłodawca i twórca serwisu TanieZwiedzanie.com. Miłośnik dobrej kuchni, cudownej Azji, no i oczywiście dobrej muzyki. (więcej)

 

Nasz kanał na YouTube


Facebook

 

REKLAMA
Booking.com

o autorze  |   o stronie  |   reklama  |   kontakt  |   polityka prywatności  |   Regulamin
Copyright 2012-2017 © TanieZwiedzanie.com. Wszelkie prawa zastrzeżone