Relacja z Indii - część III

Mateusz Jakubowski   |   09.03.2014   |   20:00   |   TanieZwiedzanie.com > Blog
kolej indyjska final chart

Finałowe zestawienie - nie ma nas na liście. Foto: Mateusz Jakubowski

Jesteśmy na dworcu w Mumbaju. Właśnie dowiedzieliśmy się, że nie mamy biletów na pociąg do Varanasi, który odjeżdża za niecałą godzinę. Jeżeli do niego nie wsiądziemy, cała zaplanowana przez nas trasa po Indiach, runie jak domek z kart. Musimy wsiąść do tego pociągu!

Stoimy przed dworcem. Zamiast rozmawiać o konkretach, palimy papierosy i patrzymy sobie w oczy. Zaczynamy rozmawiać o dostępnych wariantach. Mamy trzy możliwości, z czego realna jest tylko jedna. Pierwszy wariant to kupienie biletu „tatkal” na następny dzień i spędzenie jednej nocy w Mumbaju. Tatkal to rodzaj biletu awaryjnego, który można kupić bezpośrednio na dworcu, dzień przed odjazdem pociągu. Każdy pociąg posiada kilka biletów z tej puli, które można kupić nawet w przypadku, kiedy wszystkie bilety zostały wyprzedane. Dzień spędzony w Mumbaju spowodowałby jednak, że w Varanasi będziemy za krótko. Odrzucamy tą możliwość.

Drugi wariant to bilety z puli „tourist quota” lub agencji turystycznej. Na niektórych dworcach są specjalne biura dla turystów, gdzie można zaplanować podróż, wypełnić papierologię (Indie odziedziczyły w spadku po Brytyjczykach przerośniętą biurokrację, z którą nie mogą sobie poradzić do dzisiaj) i kupić bilety z puli przeznaczonej dla turystów. Jest to osobna pula, z której biletów nie można kupić online, a jedynie na kilku indyjskich dworcach (niestety nie na naszym nie ma). Z kolei  w agencjach turystycznych można często, oczywiście za odpowiednio wyśrubowaną opłatą i mocno pokrętną drogą, dostać bilety na pociągi odjeżdżające tego samego dnia. Nasz pociąg niedługo odjeżdżał, nie mieliśmy czasu ani na jedno, ani na drugie. Odpada.

Trzeci wariant, najgłupszy, najbardziej bezsensowny i najbardziej do nas pasujący: jedziemy na gapę. Dlaczego? Bo musimy! Jaki mamy plan? Jakoś nam się uda! Co zrobimy w razie problemów? Damy radę!

Ruszamy na peron piąty. W międzyczasie kupujemy zapas wody oraz łańcuchy, aby móc w pociągu przypiąć bagaże (konieczność w Indiach – często dochodzi tutaj do kradzieży w pociągach). Gdy tylko wydostaliśmy się z budynku dworca na peron pierwszy, wszystkie spojrzenia ciekawskich Hindusów zatrzymały się na nas. Podbiegają do nas obdarte dzieci. „10 rupees please! Don’t have mama, don’t have papa!” – wołały tłumnie, ciągnąc nas za ubrania. Staramy się nie zwracać na nie uwagi. Dochodzimy do kładki, szybkim krokiem pokonujemy kolejne stopnie. Tłum goniących nas dzieciaków powiększa się z każdą chwilą, co więcej, dołączyli do nich dorośli. Przyśpieszamy. Tłum za nami również. Nasz szybki krok zmienił się w bieg. Biegniemy przez kładkę, gonieni przez około 15-stu dzikich Hindusów. Wokół ludzie rozstępują się na boki, robiąc nam miejsce i obserwując nasz heroiczny wyścig. Przez chwilę wyglądało to tak, jakbyśmy brali udział w jakiejś zwariowanej olimpiadzie dla ułomnych. Obładowani bagażami biegniemy przed siebie, za nami pędzi reszta peletonu. Wokół pozostali Hindusi, pokazują na nas palcami, śmieją się i klaszczą w dłonie, motywując nas w tym morderczym wyścigu. Ciężko dysząc oglądam się za siebie i wyobrażam sobie tą akcję w zwolnionym tempie, z muzyką „Chariots of Fire” Vangelisa. Biegnę dalej, śmiejąc się sam do siebie. Dobiegamy w końcu do peronu piątego, licząc, że są na nim mundurowi, którzy przegonią całe to pędzące za nami towarzystwo. Niestety nie było ich. Bezdomni dobiegają do nas, chwytają za co się da i zaczynają szarpać. Nerwy puszczają, przepychamy się przez nich, odganiając ich jak muchy i drąc się, że nic im nie damy. Po jakimś czasie ustępują, stają obok i tylko co jakiś czas podchodzą pojedynczo i proszą raz jeszcze o pieniądze. Rozglądamy się po peronie.

Nie ma naszego pociągu!

Przy torze ósmym, gdzie miał być nasz pociąg - pustka. Natomiast przy torze dziewiątym stoi moloch, długi na tyle wagonów, że końca nie widać. Co gorsza, był totalnie przeładowany – ludzie wystawali z wagonów trzymając się za poręcze, co oznaczało, że ciężko będzie nam się do niego wciśnąć. Dodatkowo, już na wstępie okazało się, że nie wiemy jak sprawdzić, czy to nasz pociąg. Przed wyjazdem, będąc jeszcze w Szczecinie, szukałem informacji na temat oznakowania pociągów. Trafiłem na jakąś polską stronę, gdzie wyczytałem, że „pociągi są dobrze oznakowane”. Stwierdziłem, że to wyczerpująca informacja, zamknąłem wyszukiwarkę i uznałem, że o kolei w Indiach wiem wszystko. Plułem sobie teraz w brodę bo nie mieliśmy pojęcia, czy to nasz pociąg! Gwoli ścisłości dodam, że numer pociągu napisany jest na jego początku. Niestety, wtedy o tym nie wiedzieliśmy. Podejmujemy decyzję – popytamy ludzi z tego pociągu.

peron na dworcu w Mumbaju

Trzeba się dowiedzieć, czy to nasz pociąg!


Idziemy wzdłuż przepełnionych wagonów, zauważamy Hindusa, który wydaje się nam „ogarnięty”. Pytam się go, czy to nasz pociąg, na co Hindus odpowiada, że niestety, ale to nie nasz pociąg. Chwila konsternacji. Ok, idziemy pytać dalej! Zaczepiamy kolejnego Hindusa, zadając identyczne pytanie. „Tak, to wasz pociąg” – odpowiada z uśmiechem. No to pytamy dalej, może coś się wyjaśni. Czy to nasz pociąg? „Yes”, „no”, „yes”, „no”, „no”, „yes”, „I don’t know”. Idąc tak wzdłuż pociągu i zaczepiając miejscowych, wzbudzaliśmy ogromne zainteresowanie pozostałych Hindusów - wszyscy z peronu podchodzą do nas jak najbliżej, aby posłuchać, o co nam chodzi, że zaczepiamy ludzi. ”Wiesz co, Kochanie? To nie ma sensu. Pokażmy im wydruk, tam jest napisana nazwa pociągu, może oni nie rozumieją mojego akcentu, czy coś.” – mówię do Ani, jedną ręką wyciągając druk, drugą odganiając bezdomnych, którzy myślą, że sięgam właśnie po swoją obfitą sakwę pełną srebrników.

Wyciągam druk, sporo Hindusów zbliża się, aby rzucić na niego okiem.

Nie ma! Nie wszyscy muszą wiedzieć, że nie mamy biletu. Składam kartkę na pół i kontynuujemy wędrówkę wzdłuż pociągu. Zaczepiamy indyjskiego chłopaka, który akurat próbuje wcisnąć się do pociągu. Pokazuję mu wydruk. Niestety nie potrafi czytać, ani mówić po angielsku. Widząc to zaczepia nas kolejna osoba, pytając ładnie, jaki mamy problem.  Pokazuję mu wydruk, pytając, czy to nasz pociąg. Hindus studiuje papier i odpowiada: „Tak, to wasz pociąg, ale nie macie biletu, nie możecie wejść”. Mówi, żebyśmy dali mu chwilę. Wysyła smsa z numerami naszych wydruków na specjalną, smsową infolinię. Dostaje w odpowiedzi automatyczną odpowiedź – oba numery nie figurują na „final chart” – zestawieniu osób z listy oczekujących, które załapały się na bilety. „niestety, na pewno nie możecie wejść” – mówi. Pfff, i tak wejdziemy. Dziękuję mu, zabieram wydruk, patrzę na zegarek, mamy 9 minut do odjazdu. Ruszamy wzdłuż pociągu, chcąc znaleźć jakieś wejście, gdzie da się wcisnąć. Niestety, chłopak, który przed chwilą czytał nasz wydruk, robi raban. Drze się na cały peron: „Nie możecie wsiąść, nie macie biletów!!! Nie pozwólcie im wejść, wołajcie konduktora!”. Już nie idziemy wzdłuż pociągu. Biegniemy co sił w nogach. Za nami biegną bezdomni. Mijamy jeden wagon. Przepełniony, nie ma jak wejść. Drugi. Tak samo. Trzeci, jest trochę miejsca. Skaczę na stopień, chcąc wcisnąć się do środka. „E, e, e!!!” – krzyczy jeden z dwóch Hindusów, którzy wyrastają przede mną, zastawiając nam wejście: „słyszeliśmy, nie macie biletów, nie wejdziecie do pociągu!”. „Ok, bye bye” – mówię, biegniemy dalej! Mijamy wagony, chcąc oddalić się od strefy przypału. Dobiegamy do wagonów klasy „Sleeper”. To te wagony z kuszetkami, na które liczyliśmy, że dostaniemy bilety.

Jest trochę miejsca przy wejściu.

Wskakujemy, bezczelnie przeciskając się między Hindusami. Jesteśmy w środku! Ścisk niesamowity, udało nam się oddalić od drzwi wejściowych o jakieś dwa metry, stoimy w ciemnym łączniku dwóch wagonów, tuż obok wejść do toalet. Panuje półmrok, światło wpada jedynie przez dziury w podłodze i szczeliny w drzwiach od toalet. Wokół pełno Hindusów, którzy bez skrępowania gapią się bez przerwy na nas i żywo nas komentują. Panuje niesamowity smród dochodzący z toalet, nie idzie oddychać, walczymy z odruchem wymiotnym. Dochodzi do tego wysoka temperatura oraz duszność, co powoduje, że czujemy się naprawdę fatalnie. 4 minuty do odjazdu. „Módlmy się, żeby nie wyrzucili nas przed odjazdem pociągu” – mówię do Ani. Później jakoś będzie.

Mija chwila, ktoś się do nas przeciska.

W mgnieniu oka wyrasta przed nami słusznych rozmiarów Hindus o twarzy, o której można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że wygląda przyjacielsko. „Weszliście do pociągu, mimo, że nie macie biletów i wiecie, że nie możecie tutaj być. Nie widzicie, jak pociąg jest zapchany, że ładujecie się tutaj bezczelnie!? Macie w tej chwili stąd wyjść” – mówi do nas Hindus. „Co robimy!?” – pyta Ania. „Nie wiem” – odpowiadam, dodając na rozluźnienie: „Zaraz nas zajebią”. Stresujemy się, jesteśmy ściśnięci w ciemnym zakamarku pociągu, ludzi w brud, a zrozumienia zero. W dodatku Hindus nas ponagla. „Ticket!!!” – krzyczy do nas, chcąc zobaczyć nasze bilety. Wie doskonale, że ich nie posiadamy. „Ticket!!!” – Hindus ponagla, a ja, wiedząc, że trzeba coś zrobić, cokolwiek, wymyśliłem naprędce, że będę udawał debila. Spojrzałem mu w oczy, wywaliłem na wierzch swój piękny, europejski uśmiech i odpowiedziałem: „yes, ticket”. Jak łatwo się domyślić, Hindus nie był zadowolony z mojej odpowiedzi. „No, you don’t have ticket” – ripostuje. „Yes, I have” – odpowiadam. Hindus zaczyna rozmowę z resztą swoich rodaków. Następny Hindus woła do nas „pokażcie nam bilety”. Atmosfera robi się napięta. Nie wiedząc w sumie po co, wyciągam wydruk i daje go Hindusom. Chwytają go łapczywie, świecą sobie na niego wyświetlaczami z telefonów i wiedzą już, że nie mamy biletów. Nie czekając na rozwój wydarzeń, wiedząc, że zaraz wyślą smsa i dostaną wiadomość potwierdzającą, że nie dostaliśmy biletów, wyrywam im wydruk z rąk, mówiąc, że to nasze bilety i czekamy na konduktora. Hindus, który zaczął tą całą awanturę zaśmiał się, spojrzał na nas i powiedział: „Ok, idę szukać konduktora”. Przecisnął się dalej i znikł w następnym wagonie.

Pociąg rusza, uff! Co za ulga!

Jaka ulga, przecież zaraz wróci się z konduktorem i będzie zadyma” – mówi Ania. „Nie będzie. Grunt, że pociąg ruszył. Z konduktorem jakoś będzie, wystawi nam bilety, droższe, niż normalnie, zapłacimy za nie i będziemy mieli spokój” – odpowiadam, licząc, że faktycznie tak będzie (wg regulaminu indyjskich kolei, który przeczytałem przed wyjazdem, dokładnie tak powinno się stać). Stoimy w ścisku jakieś 5 minut, aż w końcu trafiamy na wybawienie. Do toalety przeciska się Hindus. Na oko około czterdziestki, ubrany bardzo skromnie w starte spodnie i spraną koszulę. Gdy tylko nas zobaczył, łamanym angielskim zaproponował, że odstąpi nam swoją kuszetkę. Kochany! Spytaliśmy, czy to na pewno nie problem, na co w odpowiedzi zaczął sięgać po nasze bagaże. Szczęśliwi przeciskamy się za nim i wchodzimy do wagonu. Uściślając, odstąpił nam nie kuszetkę, a fragment kuszetki, na której tłoczyło się już trzech Hindusów oraz bagaże. A bagaże Hindusi wożą naprawdę niezwykłe – oni po prostu wożą ze sobą wszystko! Mało kto ma walizki czy torby. Tutaj rządzą wiadra, misy, wielkie wory z niezidentyfikowaną zawartością, czy butle, w których u nas kisi się kapustę. Wciskam się na wolny kawałek kuszetki, Ania siada mi na kolanach. Nie ma miejsca na nasze bagaże. Przejście między kuszetkami i przedziałami zastawione jest przez bagaże oraz stłoczonych pasażerów. Walizka ląduje więc na kolanach Ani, a plecak na podłodze. Plusem tego wszystkiego jest to, że nasza kuszetka znajduje się na korytarzu, co oznacza, że mamy do dyspozycji okno: będziemy mieli dzięki temu przyjemny chłodek i będziemy mogli podziwiać widoki.

Jedziemy. Przed nami 26 godzin podróży. Wszyscy Hindusi patrzą się na nas.

W Azji jest to bardzo częste zjawisko – biały człowiek wywołuje tutaj sensację. A w dodatku dla większości tutejszych ludzi, wpatrywanie się w kogoś nie budzi skrępowania. Wobec tego przez większość drogi obserwowani jesteśmy przez Hindusów. Bez przerwy i bez litości. Po prostu wszyscy siedzą i na nas patrzą. Jeżeli nasze spojrzenia spotykają się, Hindusi uśmiechają się serdecznie, ukazując zęby wyniszczone betelem. Nie przerywają jednak spojrzeń. Gapią się bez przerwy. Równie frywolne podejście dotyczy bekania i puszczania gazów. Tam to norma i nikt nie uważa tego za nietakt. Co chwilę więc Hindusi puszczali bąki, dziwiąc się, dlaczego (i z czego) się śmiejemy. Gdyby nie obecność Ani, szybko dołączył bym do ich zwyczajów i pokazał im, jak to się robi w Polsce. No ale nie wypadało

gapie w indyjskich pociągach

Wszyscy się na nas patrzyli. Przez całą drogę. Foto: Mateusz Jakubowski


Musicie wiedzieć, że przez całą podróż pociąg tętni życiem. Co chwilę pośród tłumu przeciskają się sprzedawcy, chcąc  sprzedać nam swoje dziwy, bądź bezdomni proszący o pieniądze. Raz minął nas starzec bez nóg (głupio to zabrzmi, ale brak kończyn to w Indiach plaga wśród żebrzących ludzi) i z chorą, ropiejącą skórą. Oczywiście widząc nasze białe twarze zatrzymał się i zaczął nas macać, żebyśmy poczuli jego skórę. Patrzył na nas, a łzy ciekły mu po polikach, jakby liczył, że trafił na swoich białych wybawców, którzy mu pomogą. Oczywiście, z bólem serca nic mu nie daliśmy, a nasi towarzysze podróży grzecznie go przegonili. Innym razem zaczepiła nas kobieta, ciągnąc nas za ręce i nachalnie dopominając się o pieniądze. Indie. Na szczęście żebrzących nie było tak dużo, zdecydowaną większość osób chodzących po pociągu stanowili sprzedawcy, którzy przechodzili obok nas dosłownie co 5-10 minut. Mamy pecha, bo nasza kuszetka zlokalizowana jest na korytarzu, a nasz plecak leży w przejściu, co oznacza, że jak tylko pojawia się sprzedawca, musimy wstać, wziąć z ziemi plecak i czekać, aż delikwent nas wyminie. Co chwilę więc wstawaliśmy i puszczaliśmy kolejnych ludzi biznesu. Dzięki temu mogliśmy dokładnie przyjrzeć się sprzedawanym towarom. Jest w czym wybierać: zabawki, breloki, herbata chai, zimne napoje czy różne przekąski. Wygląda to tak, że sprzedawcy (w dużej mierze dzieci) niosą ze sobą wielkie miski, które często ledwo są w stanie udźwignąć, cali spoceni i zmęczeni przeciskają się między ludźmi, krzycząc na całe gardło nazwy towarów, które mają na zbyciu. Kolej indyjska już zawsze kojarzyć będzie się nam z Hindusami taszczącymi wielkie zbiorniki z gorącą „Chai” i wołającymi na całe gardło „CHAAAAAAAI, CHAAAAAAIII!!!”.

indie - widoki z pociągu

Jest ciasno, ale przynajmniej mogliśmy podziwiać widoki. Foto: Mateusz Jakubowski


Najlepsze jest jednak jedzenie, które sprzedawane jest w pociągu w najróżniejszej postaci. Sprzedawcy chodzili zazwyczaj ze starymi wiadrami (które my trzymamy w Polsce pod zlewem i traktujemy jako śmietniki) wypełnionymi np. samosami, świeżymi, smażonymi warzywami, czy Bóg wie czym jeszcze. Gdy ktoś z pasażerów kupował to jedzenie, sprzedawca wyciągał starą gazetę (znalezioną pewnie gdzieś na chodniku), odrywał jej kawałek i nakładał na nią jedzenie. Co tam zasady BHP i inne takie! U nas chcąc otworzyć budę z kebabem trzeba wyłożyć wiele tysięcy złotych na samo uzyskanie stosownych zezwoleń. Tutaj po prostu robisz jedzenie i próbujesz je sprzedać.

Po kilkunastu minutach jazdy, do wagonu wbiegają mężczyźni przebrani za kobiety.

Trzej mężczyźni, ubrani w tradycyjne, kobiece sari, mający na twarzach pełny makijaż, a uszy uginające się pod ciężarem wielkich kolczyków, przeciskają się między ludźmi i zbierają od nich pieniądze. Większość Hindusów daje im po kilka rupii. Przebierańcy zbierają pieniądze, nas omijają i przeciskają się dalej, ginąc po chwili w tłumie. Zaczęliśmy pytać otaczających nas Hindusów, o co chodziło z tymi facetami, ale towarzysze naszej podróży praktycznie nie mówili po angielsku. Z pojedynczych słów zrozumieliśmy, że byli to kastraci, którzy w ten sposób zbierają pieniądze na życie i można ich spotkać w całym kraju. Hindusi dają im pieniądze bo boją się, że w przeciwnym przypadku rzucą na nich urok. Nie wiemy czy to prawda, jeżeli ktoś z Was wie więcej, proszę o informację.

tłumy w indyjskich pociągach

Taki ścisk panował przez większość naszej podróży Foto: Mateusz Jakubowski


Po nawiązaniu pierwszego kontaktu, wszelka bariera między nami, a Hindusami, pękła. Już nie tylko patrzyli się na nas z zaciekawieniem, ale zadawali pytania i próbowali z nami rozmawiać. Niestety, ale ich angielski, niczym bateria "made in Tesco", wyczerpywał się po góra 10-ciu minutach, w związku z czym rozmowy kończyły się na pytaniu, skąd jesteśmy, gdzie jedziemy, jak nam się podoba i ile czasu jesteśmy w Indiach. Jechaliśmy dalej, coraz bardziej dostrzegając, jak bardzo indyjska, nachalna bieda na ulicach przeszkadza w dostrzeżeniu prawdziwego piękna tych ludzi. Oto jedzie w naszym przedziale około 18 osób. Wszyscy ubrani bardzo skromnie, widać, że mamy do czynienia z ludźmi bardzo, bardzo skromnymi. Większość nosi wyświechtane spodnie i koszule, jednak wszystko obowiązkowo wyprasowane, co nadaje im dużej schludności. Oczywiście nikt z towarzyszących nam Hindusów nie posiada czegoś takiego, jak obuwie – boso kroczą przez świat, co objawia się brudnymi i startymi stopami. Ich bagaże to między innymi wór z jakimiś owocami i baniaki z wodą. Nie, nie taką butelkowaną, tylko taką niewiadomego pochodzenia. Z tego, co zaobserwowaliśmy, większość z nich się nie zna, tylko trzech z nich to prawdopodobnie rodzina, reszta to obcy sobie ludzie. Nie ma to jednak znaczenia. W ciągu kilkudziesięciu minut wszyscy tam byli już najlepszymi przyjaciółmi.

Mimo biedy, wszystkim się dzielili. Dzielenie zaczynali od nas. Ktoś wyciągał picie, pierwsze co, to wciskał je nam do rąk, abyśmy my je otworzyli i napili się pierwsi. Ktoś wyciągał jedzenie, dzielił się nim ze wszystkimi, zaczynając od nas. Dzielili się absolutnie wszystkim. Bo przecież inni też są głodni i spragnieni! Nie mieli dużo zapasów, czasem jeden z nich wyciągał chlebek naan, który sam w sobie jest mały i ciężko się nim najeść, jednak solidarnie dzielił go na tyle kawałków, ilu jest współtowarzyszy podróży. Z kolei innym razem, rzucając hasło, że czas na betel, Hindusi zrobili zrzutkę i kupili betel tym, którzy go nie mieli. Później, gdy skończyły się im pieniądze, dzielili się tym, co im pozostało. Jeden miał chlebki naan, inni mieli betel, jeszcze inni mieli wodę. Wszystko solidarnie rozdzielali między siebie, rozpoczynając dzielenie od nas. Grzecznie jednak dziękowaliśmy, wiedząc, że mamy do czynienia z bardzo skromnymi ludźmi.

Było strasznie niewygodnie, dlatego kręciliśmy się co chwilę, a Hindusi, widząc to, za każdym razem pokazywali nam, jak najlepiej usiąść, gdzie wcisnąć nogę, czy jak się oprzeć, żeby było wygodnie. Widząc nas, jak za każdym razem podnosimy plecak z przejścia, żeby puścić sprzedawców, głowili się nad tym, gdzie go wcisnąć. Kilkakrotnie próbowali upchać go obok siebie, ale naprawdę nie było nigdzie miejsca. W końcu, chcąc nam ulżyć i zrobić przejście, wyciągnęli jedną ze swoich toreb na kolana, a nasz bagaż wcisnęli pomiędzy swoje.

Jechaliśmy tak i jechaliśmy, za nami 5 godzin jazdy. Zbliża się konduktor!

Konduktor sprawdził bilety naszych współtowarzyszy, zostawiając sobie nas na koniec. W końcu odwrócił się w naszym kierunku i wyciągnął rękę po bilety. Daliśmy mu nasz wydruk, licząc, że jakoś to będzie. Konduktor wziął wydruk do rąk i zaczął go czytać. Czyta i czyta, a na jego twarzy widać kolejno: zaciekawienie, zmieszanie, a na końcu złość. Konduktor podnosi głowę znad wydruku, obdarzając nas lodowatym spojrzeniem. Patrzy tak na nas ze dwie sekundy, po czym zaczyna kiwać głową, oddaje nam wydruk i… Idzie dalej. Ufff! Jedziemy dalej. Później była jeszcze jedna kontrola, ale konduktor nas ominął. Mogliśmy jechać dalej i skupić się na przepięknych widokach za oknem.

indie - dworce w mniejszych miejscowościach

Tak w Indiach wyglądają dworce w mniejszych miejscowościach. Foto: Mateusz Jakubowski


Po około 22 godzinach jazdy w wielkim ścisku, trochę się rozluźniło.

Zatrzymaliśmy się na jednej ze stacji, na której sporo Hindusów opuściło pociąg. Dosiadło się trochę nowych podróżnych, z których jeden, na oko może 30 lat, widząc, że tłoczymy się wciąż w 5 osób na kuszetce, zaprosił nas do siebie – powiedział, że odstąpi nam swoją kuszetkę, która jest pusta. Z wielką ulgą skorzystaliśmy z propozycji. Wzięliśmy bagaże, pożegnaliśmy się z naszymi dotychczasowymi towarzyszami i poszliśmy za nowym znajomym. Jak się okazało, odstąpił nam pustą kuszetkę na samej górze, a sam usiadł na dolnej kuszetce i cisnął się tam z 5-cioma innymi osobami. Wgramoliliśmy się na kuszetkę i od razu poszliśmy spać. Byliśmy przemęczeni, do tej pory, przez większość drogi, praktycznie nie spaliśmy. W końcu mogliśmy trochę odpocząć.

W takim stylu dojechaliśmy do Varanasi. Jest godzina 14:00. Pociąg przyjechał idealnie w czas. Zero opóźnienia. W 26 godzin przejechaliśmy 1468 km, co daje magiczną liczbę 56 km na godzinę. Bierzemy bagaże, żegnamy się z Hindusami i wysiadamy na dworcu. Już niedługo zobaczymy najświętsze miasto Indii.

W Varanasi można się zakochać, albo je znienawidzić - bieda, bród, a zarazem niezwykła, duchowa atmosfera i ludzie stłoczeni wokół świętej rzeki - Gangi, gdzie obok palących się ciał, bawią się dzieci, a ich matki robią pranie... Co nas spotkało w tym mieście? O tym w czwartej części relacji z Indii.


comments powered by Disqus
Tagi: Indie  

Autor publikacji

Mateusz Jakubowski

Pomysłodawca i twórca serwisu TanieZwiedzanie.com. Miłośnik dobrej kuchni, cudownej Azji, no i oczywiście dobrej muzyki.

 


Nasz kanał na YouTube


Facebook

 
o autorze  |   o stronie  |   reklama  |   kontakt  |   polityka prywatności  |   Regulamin
Copyright 2012-2017 © TanieZwiedzanie.com. Wszelkie prawa zastrzeżone
×

Odbierz darmowego e-booka

Zapisz się na newsletter i otrzymaj darmowego e-booka "Ile to kosztuje?" - w którym liczymy, ile powinny kosztować wyjazdy do różnych miast w Europie. Dodatkowo czasem otrzymasz informację o promocyjnych lotach czy nowościach na stronie.