Relacja z Indii - część II

Mateusz Jakubowski   |   06.03.2014   |   19:13   |   TanieZwiedzanie.com > Blog
Mumai - lotnisko

Niesamowite lotnisko w Mumbaju. Foto: Mateusz Jakubowski


Od kilkunastu minut jesteśmy w Indiach. Po przejściu odprawy paszportowej możemy kierować się do wyjścia. Tymczasem nie potrafimy – z otwartymi ustami podziwiamy lotnisko. W życiu nie widzieliśmy piękniejszego. Monumentalna budowla powala na każdym kroku – budynek przypomina, co tu dużo pisać, wnętrze kosmicznego statku, wypełnione luksusem, szkłem, marmurem i zabytkami ściągniętymi z całych Indii.

Wylądowaliśmy na nowym, drugim terminalu lotniska „Chhatrapati Shivaji International Airport”. Co ciekawe, oficjalne jego otwarcie nastąpiło… wczoraj! Kto wie, może jesteśmy pierwszymi Polakami, którzy wylądowali na nowym terminalu. Poza interesującą architekturą, równie ciekawa jest historia powstania tego miejsca. Pisząc w bardzo dużym uproszczeniu: w 2007 roku konsorcjum zarządzające lotniskiem (Mumbai International Airport Private Limited), ogłosiło ambitny plan rozwoju lotniska. Chcąc unowocześnić i usprawnić jego funkcjonowanie, postanowiono powiększyć lotnisko o przylegające do niego tereny, na których wybudowany miał zostać od podstaw nowy terminal.

Mumai - lotnisko

Niesamowite lotnisko w Mumbaju. Foto: Mateusz Jakubowski


Na przeszkodzie stanęło jednak to, że na terenach wokół lotniska znajdowały się zamieszkiwane przez miejscowych slumsy. Z tego powodu projekt przebudowy stanął w miejscu. W końcu udało się znaleźć rozwiązanie – zarządca lotniska zobligował się do utworzenia bezpłatnego miejsca zakwaterowania dla osób, które zamieszkują slumsy przeznaczone do rozbiórki, za co w zamian miał otrzymać od władz ziemię w formie darowizny. Policzono, że tereny te zamieszkuje około 400 tysięcy osób (ok. 85 tys. rodzin). Padły piękne obietnice, a rozbudowa lotniska ruszyła z kopyta. Był rok 2007. Na odgruzowanym już terenie pojawiły się dźwigi i tysiące robotników. Futurystyczny budynek piął się powoli do góry, aż w końcu, na dzień przed naszym przylotem, nastąpiło jego otwarcie. Hindusi odtrąbili sukces, nazywając nowy terminal „najlepszym lotniskiem na świecie”, ikoną nowych, współczesnych Indii. Tylko miejscowi nie mieli powodu do radości – okazało się, że z 85 tysięcy rodzin, które zamieszkiwały te tereny i miały otrzymać zakwaterowanie, otrzymało je jedynie… niecałe 500 rodzin. Co stało się z całą resztą osób? Pff, kto by sobie chciał tym głowę zaprzątać...

Zbieramy się do wyjścia

Na lotnisku widać było, że jest świeżo po otwarciu – panował spory chaos, obsługa nie potrafiła wskazać nam, gdzie (i czy w ogóle) znajduje się tutaj jakiś kantor, w dodatku samo oznakowanie obiektu pozostawiało wiele do życzenia. Co gorsza, na lotnisku wyłączone były wszystkie bankomaty, a w powietrzu unosiły się dziesiątki komarów. Zdenerwowani idziemy skorzystać z toalety. Łapiemy trochę świeżości i zapuszczamy się w głąb lotniska. W końcu udaje się nam znaleźć kantor, a raczej mikroskopijne stoisko „Thomasa Cooka”, gdzie dolary wymieniamy na indyjskie rupie (rs). Jadąc do Indii przyjmijcie, że 100 rupii to 5 złotych. Dostajemy 2800 rupii za 50 dolarów. Niekorzystnie, na mieście można dostać za tą samą kwotę 3050rs. Nie mamy wyjścia. Wymieniamy pieniądze i idziemy do biura tzw. prepaid taxi, aby wziąć taksówkę na dworzec. Prepaidowa taksówka różni się od tej tradycyjnej jedynie tym, że przejazd opłacamy „z góry”. Po co? Dla bezpieczeństwa. W Indiach prawdziwą zmorą są taksówkarze-oszuści. Mumbai to pod tym względem niekwestionowana stolica krętactwa. Normą jest wywożenie przez taksówkarzy na slumsy i wyciąganie od Ciebie pieniędzy w zamian za dalszą trasę. Normą jest wciskanie kitu, że Twój hotel spłonął/został zamknięty i zabranie Cię do innego (gdzie kierowca dostanie za to prowizje, którą doliczą Ci do rachunku), nawet jeżeli wyraźnie powiesz, że sobie tego nie życzysz i chcesz jechać do swojego hotelu. Normą jest dosiadanie się w trakcie jazdy najróżniejszych osób, udających przewodników/pracowników rządu/policjantów, którzy w najróżniejszy sposób będą Cię próbowali zmusić do oddania swoich pieniędzy. Wybierając prepaidową taksówkę opłacasz w biurze przejazd z góry i dostajesz na to dwa kwitki. Jeden kwitek dajesz taksówkarzowi na początku podróży, a drugi na zakończenie kursu. Taksówkarz otrzyma od biura pieniądze za kurs tylko w przypadku, jeżeli będzie mieć ze sobą oba kwitki.

Podchodzimy do okienka, opłacamy kurs z lotniska na dworzec „Lokmanya Tilak Terminus”, skąd ruszymy do Varanasi. Odległość od dworca wynosi 12 KM. Płacimy 350rs (około 17zł). Bierzemy kwity i ruszamy do naszego kierowcy. Nie możemy go znaleźć, dlatego pokazujemy innym nasz kwit z numerem taksówkarza. Ci chcą nam pomóc, ale szybko się okazuje, że sami nie mogą namierzyć swojego kumpla po fachu. Biegamy po całym parkingu, Hindusi żywiołowo przekrzykują się, a my zastanawiamy się, o co im chodzi. W końcu jest i on! Na końcu parkingu wyłania się nam zdezelowana taksówka, obita na zewnątrz i ze spękaną przednią szybą. Nasz taksówkarz sprawiał wrażenie wyraźnie zaskoczonego naszym pojawieniem się. No ale co zrobić, mamy kwit, niech nam będzie. Chwyta nasze taboły i wrzuca je do bagażnika.

Taksówka w Mumbaju

Nasza taksówka. Foto: Mateusz Jakubowski


Wsiadamy do środka. Dajemy kwit. Samochód nie chce ruszyć. Taksówkarz piłuje silnik, bez rezultatu. Próbuje raz, drugi, trzeci, aż w końcu otwiera drzwi i wydziera się do innych taksówkarzy. Ci podchodzą, nasz kierowca wsiada, a reszta zaczyna pchać auto. Zaskoczyło! Ruszamy od razu. Jesteśmy podekscytowani. Zaraz zobaczymy, czy Indie są aż tak straszne, jak to ludzie mówią. Dojeżdżamy do końca parkingu i wyjeżdżamy z lotniska.

Od razu w slumsy

Jak już pisałem, lotnisko wciśnięte jest między slumsy, dlatego natychmiast i bez litości wrzuceni zostaliśmy w Indyjskie realia. Nie minęło kilka minut, nie zdążyliśmy na dobre oddalić się od lotniska, ani nie zdążyliśmy nawet zachłysnąć się chaosem drogowym i go skomentować – byliśmy zbyt przejęci tym co widzimy, żeby wypowiedzieć jakiekolwiek słowo. Z chwilą, gdy taksówkarz, śladem innych kierowców, wymijał leżącego na drodze, beznogiego starca, docierały do nas kolejne obrazy. Matka karmi piersią niemowlę na tle wejścia do prowizorycznego pomieszczenia, zbudowanego z kawałków kartonu i blachy falistej, otulonej niebieską folią, mającą pełnić rolę dachu. Obok niej mężczyzna robi kupę na chodnik, przy którym kawałek dalej dwójka nagich dzieci bawi się reklamówką. Kilkanaście metrów dalej płonie małe ognisko, przy którym tłoczy się grupka rozbawionych maluchów. Po horyzont ciągną się prowizoryczne, zbudowane z czego się da, "domy", które jednak nie są w stanie pomieścić wszystkich, w związku z czym mijamy setki bezdomnych, śpiących twardo na chodnikach. Nieliczni szczęśliwcy mają kawałek materiału, który mogą położyć pod głowę aby uniknąć kontaktu z twardym podłożem, jednak większość bezdomnych zmuszona jest spać na kostce brukowej. Czasem można dostrzec między nimi ciemne, włochate kulki, przebiegające prędko i gubiące się w szarości Mumbajskich zakamarków. To szczury. Wokół roi się od psów, co rusz szczekających i gryzących się między sobą. Nie były to psy, które chciałoby się pogłaskać - praktycznie każdy z nich budził przerażenie – dzielne czworonogi, wychudzone, częstokroć pogryzione, z oberwanymi uszami i ciałami usłanymi bliznami, współdzielą z ludźmi trudy życia na ulicy. Mijamy budynek, 4 albo 5-cio piętrowy, w którym runęła frontalna ściana. Nikomu to nie przeszkadza, taki budynek to wciąż wymarzone miejsce do zamieszkania. Widzimy całe rodziny, tłoczące się w małych pomieszczeniach z sufitami i ścianami całymi czarnymi od sadzy wieczornych ognisk. Wolna przestrzeń tych widoków wypełniona jest szczelnie górami śmieci, które są naprawdę wszędzie.

Błądzimy bez słowa w labiryncie wąskich uliczek, przecierając oczy z niedowierzania. Dochodzi do mnie, że z tego całego przejęcia zapomnieliśmy pilnować czasu. Jedziemy już z dobrą godzinę, wciąż jednak ani śladu dworca. Zbliżamy się do skrzyżowania, a wokół nas pojawiają się zrujnowane budynki mieszkalne. Kierowca zatrzymuje się na skrzyżowaniu. Samochód gaśnie. Znów nie może go uruchomić. Męczy się niemiłosiernie, a za nami słychać tylko dźwięk klaksonów. Po kilku stresujących minutach udaje mu się odpalić auto i ruszamy. Ulga. Jedziemy tak i jedziemy, aż w końcu dojechaliśmy. Do tego samego skrzyżowania, przy którym byliśmy z 15 minut temu. Mijamy je, tym razem w innym kierunku. Taksówkarz prawdopodobnie zgubił drogę.

Pytam się o co chodzi.

W taksówce zapanowała chwila ciszy, po której taksówkarz odpowiedział, że wszystko jest ok, zaraz będziemy bo jedzie skrótem. Nie skończył wymawiać tych słów, ściął bardzo mocno zakręt, aż nami zarzuciło i… Wjechał pod prąd jednopasmowej ulicy jednokierunkowej! Natychmiast wyrósł przed nami czerwony autobus, kierujący się wprost na nas. „Stop!” – krzyczę do taksówkarza, na co ten odpowiada ze spokojem, że nie może bo mu auto znów zgaśnie i całą ulicę zablokuje. „Zabije nas!” – krzyczę do Ani, jednak nasz kierowca szybko uspokaja: „Easy, easy, it’s India” i ucieka przed autobusem na chodnik, trąbiąc na uskakujących przed maską samochodu ludzi. Autobus przejeżdża, ale zaraz za nim jadą następne dwa samochody. Pędzimy dalej po chodniku, hindusi odskakują przed taksówką i wściekle rzucają w nią czym popadnie. Mijamy tak kolejne samochody, aż pojawia się problem – na chodniku, kilkadziesiąt metrów przed nami wyrasta budka z jedzeniem, która raczej nie będzie miała zamiaru ustępować nam miejsca. Hindus znów powtarza „Easy, easy” i w ostatniej chwili, trąbiąc jak najęty, wciska się na ulicę, zmuszając samochód z naprzeciwka do ucieczki na przeciwległą stronę chodnika. W końcu wyjeżdżamy z tej ulicy, a naszym oczom ukazują się tory. Zaraz będziemy!

Zjeżdżamy na parking

Gdy tylko wjechaliśmy na parking, w pościg za naszą taksówką ruszyła zgraja bezdomnych dzieci. Po chwili dołączyli do nich dorośli, w tym matki z niemowlakami na piersi. Dojeżdżamy pod dworzec. Samochód zostaje otoczony szczelnie przez jakieś 30 osób. Razem z Anią odsuwamy się od drzwi, nie mając pojęcia, co robić. Taksówkarz ponagla nas, żebyśmy wychodzili bo to tutaj. Mówię mu, żeby dał nam chwilę. W odpowiedzi taksówkarz wyszedł z samochodu i mówiąc do nas „go, go, go” otworzył drzwi. Udało się nam wyjść, a tłum po prostu się na nas rzucił – dzieciaki ciągały nas za nogawki spodni, dorośli za bluzy. Niektóre z tych dzieciaków były nagie i nie miały pewnie nawet 3 lat. Wszyscy chcieli od nas pieniędzy. Kurczowo trzymaliśmy ręce na portfelach, wzięliśmy szybko bagaże i pobiegliśmy na dworzec. Stojący przed wejściem wojskowi przegonili ciągnących się za nami bezdomnych. Usiedliśmy i w milczeniu trawiliśmy to wszystko, czego doświadczyliśmy przed chwilą i co widzieliśmy przez ostatnie kilkadziesiąt minut. Nie można, absolutnie nie można przygotować się na biedę, którą zobaczy się w Indiach. Siedzieliśmy w milczeniu przez dłuższą chwilę, gapiąc się bez słowa w podłogę, łzy same cisnęły się do oczu.

dworzec w Mumbaju

Przed dworcem. Foto: Mateusz Jakubowski


Milczenie przerwał Hindus, który zaczął nas wypytywać skąd jesteśmy. Porozmawialiśmy z nim chwilę i zajęliśmy się sobą. Było po godzinie 9, a do nas dotarło, że nie mamy biletów na pociąg do Varanasi. Rozejrzeliśmy się po dworcu. Kasy były jeszcze pozamykane. Do odjazdu pociągu (12:15) pozostały 3 godziny. Wyszliśmy przed dworzec, oczywiście od razu otoczyło nas stado riksiarzy, oferując swoje usługi. Wzięliśmy rikszę i za 50rs (ok. 2,5zł) pojechaliśmy na zakupy (riksiarz czekał na nas i odwiózł nas ponownie na dworzec). Zajęliśmy miejsce na dworcu i zaczęliśmy obserwować otoczenie. Pierwsze, co zwróciło naszą uwagę, to fakt, że byliśmy największą atrakcją na dworcu – Hindusi z zainteresowaniem nam się przyglądali, nie spuszczając z nas oczu nawet na chwilę. Po dworcu biegało stado psów, które przeszukiwały śmietniki i spały gdzie popadnie. Prócz tego, po całym dworcu kręciło się sporo mundurowych – część wyposażona w karabiny, a pozostała część – w drewniane, wyświechtane pałki. Przed nami ciągnęły się 4 długie kolejki do kas. Ludzie grzecznie siedzieli po turecku, jeden za drugim, oczekując na otwarcie kas. Obok nich stali mundurowi z pałkami. Dziwiliśmy się, że Hindusi tak grzecznie czekają, przecież spodziewaliśmy się dzikiego przepychania i awantur. Co chcieliśmy, dostaliśmy – po pewnym czasie mundurowi odeszli. Przez jakieś 5 minut było względnie spokojnie, aż w końcu otworzono kasy. Wtedy cały ten tłum, może 70 osób, rzucił się do okienek. Ludzie zaczęli się przepychać, wykłócać i szarpać. Mundurowi chyba tylko na to czekali – z hukiem wbiegli na dworzec i zaczęli pałować całe to towarzystwo. Już po chwili zapanował spokój, a pchający się przed chwilą Hindusi przykładnie ustawili się w piękne kolejki, między którymi zaczęli przechadzać się mundurowi. Gdy któryś ze stojących w kolejce za bardzo naciskał na sąsiada – dostawał pałką w biodro. Gdy mundurowy uznał, że ktoś źle stoi – pałka w biodro. Zero cackania się.

Musieliśmy dowiedzieć się, czy dostaliśmy bilety.

 Jedyne co mieliśmy, to „waitlisted ticket”, czyli miejsce na liście rezerwowej (numer 56 i 57), co oznaczało, że musimy czekać na finałowe zestawienie, które pojawia się około 2-1 godziny przed odjazdem każdego pociągu. Podeszliśmy do okienka „supervisior” przeznaczonego m.in. dla turystów, daliśmy nasz wydruk i spytaliśmy, czy jest już zestawienie. Uprzejmy, obsługujący nas Hindus, uśmiechnął się, wpisał numery w stary, sypiący się komputer i poinformował nas, że musimy poczekać bo zestawienie będzie około godziny 11-tej. Wychodzimy na papierosa, rozglądamy się po dworcu. Już troszkę bardziej spokojni, przez co zaczęliśmy zauważać kolejne rzeczy. Pierwsze, co rzuciło się w oczy, to nagminne plucie przez dosłownie większość hindusów. Plucie na czerwono. Całe chodniki są zaplute na czerwono! Jak myślicie, czego to wina?

Winnym jest betel, na który w Indiach mówią „Paan”.

Jest to czwarta - po kofeinie, nikotynie i alkoholu – najpopularniejsza używka na świecie.  Składowym, najważniejszym składnikiem betelu jest liść pieprzu żuwnego, który miesza się, w zależności od kraju i upodobań – z najróżniejszymi dodatkami (goździki, kardamon, anyż itp.). W Indiach betel miesza się z tytoniem i w takiej formie jest żuty. Ma działanie pobudzające i orzeźwiające, tłumi głód i działa odkażająco na przewód pokarmowy. Jak to z używkami bywa, są również minusy wynikające z jego używania – betel powoduje barwienie zębów na czarno, a śliny na czerwono. Do tego długotrwałe stosowanie betelu niszczy zęby. Nie zdziwcie się więc, że większość kraju opluta jest na czerwono, a uzębienie Hindusów budzi w większości przerażenie!

O godzinie 11-tej wróciliśmy do naszego okienka

Daliśmy Hindusowi nasz wydruk i poprosiliśmy o ponowne sprawdzenie, czy dostaliśmy bilety. Pan sprawdza… No i klops! Nie załapaliśmy się na bilety. „Sorry, nie możecie jechać” – mówi nam obsługujący nas mężczyzna, pisząc na naszym wydruku wielkimi literami „NO TICKET”. Zabieramy wydruk, idziemy na następnego papierosa, aby ustalić plan działania. „I co robimy, nie możemy przecież wsiąść do tego pociągu” – mówi Ania, gdybając nad przyszłością naszej wycieczki. „Masz rację, nie możemy do niego wsiąść. Ale musimy. I wsiądziemy.” – odpowiedziałem, sam w to do końca nie wierząc. Na tablicy pojawiła się informacja – nasz pociąg rusza z toru 8 przy peronie 5. Idziemy tam. Damy radę, jakoś to będzie.

Ania w Mumbaju

Siemka, jestem Ania i nie mam biletu na pociąg. Foto: Mateusz Jakubowski


Okazało się, że nasza podróż tym pociągiem wcale nie jest taka oczywista… Co zrobiliśmy? Czy udało nam się wsiąść do pociągu? Co zrobili nam Hindusi? Czy dojechaliśmy do Varanasi? O tym w trzeciej części naszej relacji z Indii.


comments powered by Disqus
Tagi: Indie  

Autor publikacji

Mateusz Jakubowski

Pomysłodawca i twórca serwisu TanieZwiedzanie.com. Miłośnik dobrej kuchni, cudownej Azji, no i oczywiście dobrej muzyki.

 


Nasz kanał na YouTube


Facebook

 
o autorze  |   o stronie  |   reklama  |   kontakt  |   polityka prywatności  |   Regulamin
Copyright 2012-2017 © TanieZwiedzanie.com. Wszelkie prawa zastrzeżone
×

Odbierz darmowego e-booka

Zapisz się na newsletter i otrzymaj darmowego e-booka "Ile to kosztuje?" - w którym liczymy, ile powinny kosztować wyjazdy do różnych miast w Europie. Dodatkowo czasem otrzymasz informację o promocyjnych lotach czy nowościach na stronie.