Pocztówka z Nepalu cz. I

Jarosław Wydrych   |   11.06.2013   |   15:10   |   TanieZwiedzanie.com > Relacje z podróży
Napal to niesamowite miejsce. Foto: Jarosław Wydrych

Zapraszamy do przeczytania niesamowitej relacji z Nepalu, której autorem jest Jarosław Wydrych, podróżnik i fotograf zakochany w pięknej Azji.

Tej nocy moim miejscem do spania było, jak się właściwie okazało dopiero rano, stare pole ryżowe. Wybrałem to miejsce nie tylko z uwagi na ewentualną oszczędność, ale po prostu z braku innych możliwości. Ostatnie zabudowania minąłem już dawno za sobą. Zresztą i tak nie znalazłbym tam noclegu. Była to bowiem niewielka wioska, w której próżno szukać jakichkolwiek hoteli. Zresztą nawet jeśli by coś było i tak wybrałbym namiot. Natomiast kolejne osiedle ludzkie znajdować się mogło dużo, dużo dalej. Była już również noc, która na nepalskim odludziu bywa naprawdę ciemna. Drogi są bowiem całkowicie pozbawione oświetlenia. Podobnie zresztą jak większość małych osad. Po zmroku źródłem światła może być świeca lub ognisko. Zazwyczaj jednak nastanie ciemności oznacza koniec dnia i równoznaczne jest z końcem aktywności ludzkiej.

Kiedy wstałem rano padał deszcz. Oczekiwanie na poprawę pogody nie trwało jednak specjalnie długo i niebawem można było wyjść z namiotu. Kiedy się tu rozbijałem poprzedniej nocy, rozświetlanej wyłącznie słabym światłem mojej latarki, nie było wiadomym do końca cóż to za miejsce. Wiedziałem jedynie, że schodzę w dół, i że jest w miarę płasko. Teraz jednak okazało się, że mój namiot stał na jednym z charakterystycznych stopni pola ryżowego jakie tworzy się na wzniesieniach. W dole było widać kolejne tego typu stopnie, aż wreszcie na samym dnie wąwozu, nad którym rozbiłem obozowisko, wartkim strumieniem płynęła potężna rzeka. Był to widok wyjątkowo cudowny. Ogromna ilość błękitnej wody, pieniąc się i wściekle burząc, przetaczała się z hukiem po wyznaczonym korycie. Jedna strona zbocza była właściwie pionową, postrzępioną, skalistą ścianą. Droga natomiast wiodła na samym skraju urwiska, często zbliżając się do krawędzi,  niekiedy na niebezpiecznie bliską odległość. Tego typu drogi, powstałe nad przepaścią, nie należą do rzadkości w Nepalu. Kiedy pokonuje się niezliczone ilości zakrętów górskiej trasy, siedząc na dachu autobusu (bilety na dachu bywają odrobinę tańsze choć sprzedawane są półlegalnie) ze znaczną prędkością, mija się inne pojazdy, ciężarówki lub nadjeżdżające z naprzeciwka autobusy, i ma się wrażenie, że to nie może się udać. Niejednokrotnie koło pojazdu ociera się o krawędź przepaści. W takich chwilach pocieszać się można faktem, że przecież ci goście jeżdżą tędy już od paru lat, być może nawet codziennie lub co drugi dzień, i cały czas jeżdżą. Przejażdżka tego typu dostarcza wiele radości, jest jednak również przeżyciem nie do zapomnienia. Samo bezpieczne dojechanie do celu jest swego rodzaju wyczynem. Należy dodać również że nepalskie drogi są wyjątkowo dziurawe. Często ilość ubytków przekracza ilość asfaltu. Zdarzają się również drogi piaskowe. Nepal jest krajem trzeciego świata, a więc ogromnej biedy. Autobusy dla lokalnej ludności (jakimi należy się przemieszczać chcąc oszczędzić pieniądze) niejednokrotnie zdają się być maszynami, które nie mają prawa jeździć. A jednak oprócz tego, że jeżdżą są też wystawiane na ekstremalne próby.

Moim kolejnym celem była Pokhara, jedno z większych miast w kraju, położone w centralnej jego części. Drogę ciężko było by zgubić z uwagi na słabą infrastrukturę komunikacyjną. Droga jest po prostu jedna. Nie można jednak powiedzieć, że należy udać się prosto. Rzeczona trasa bowiem plotła się pomiędzy górami tysiącem zakrętów i slalomów. Można jedynie pomylić kierunek. Co ostatecznie nie było by aż takie trudne. Nepal jest krajem kompletnie pozbawionym znaków drogowych. Przez wiele kilometrów starałem się wypatrzeć choć jeden. I nic. Straciły by tu sens ponieważ dróg jest mało, a lokalni wiedzą gdzie jechać. Poza tym nie ma tu absolutnie żadnego poszanowania dla znanych nam zasad ruchu drogowego. W kraju nie występuje również sygnalizacja świetlna. Panuje także lewostronny ruch. Choć Nepalczycy zaskakująco często potrafią porozumiewać się w języku angielskim (jest to specyficzny nepalsko–angielski, bardzo trudny do zrozumienia), to na prowincji próżno szukać kogoś kto potrafi mówić w innym języku niż ojczysty. Więc pytanie o drogę również może spotkać się z niezrozumieniem. Zawsze jednak jakoś można z tego wybrnąć. Szczęśliwie, kierunek był mi znany. Po spakowaniu rzeczy wspiąłem się więc, by dotrzeć do asfaltu i ruszyłem. Po niedługim czasie napotkałem parę drewnianych domków, ustawionych obok siebie na skraju drogi, a więc nad samym urwiskiem. Zdawało się, że można było tam zamówić jakieś jedzenie. Kobieta, u której złożyłem zamówienie przyrządzała posiłek na małym, glinianym, ręcznie robionym piecu, w którym pali się zwykłym drzewem. Dom i obejście były bardzo skromne. Właściwie była to bardzo mała chatka z cienkich drewnianych pali, ustawiona odrobinę nad ziemią, z otwartym frontem. Przeznaczeniem tej chaty było, jak sądzę, wyłącznie posiadanie miejsca do spania chroniącego przed deszczem (choć przed owadami roznoszącymi min. malarię już nie), oraz wydawanie posiłków nielicznym podróżnym, którzy się tu zatrzymają. Dostałem bardzo smaczne i pożywne śniadanie za uczciwą cenę. Dla ludzi z Europy- nie do pojęcia niską. Nepal jest najtańszym krajem jaki kiedykolwiek odwiedziłem. Tańszym nawet od Indii. Do tego na prowincji- gdzie ludzie byli jeszcze bardziej uczciwi niż ci, zdegradowani przez turystykę, żyjący w większych miastach- cena była jeszcze niższa. Można by pomyśleć, że całkowicie nieopłacalna, ale Nepal ma swoje prawa i możliwości.

Nepalczycy niezbyt często posiadają samochody, to też osobówek było tu bardzo mało. Autobusy również nie kursowały specjalnie często. Warto spróbować stopa. Nauczyłem się już, że tutejsza ludność widząc białego, rzadko czyni coś z chęci pomocy – zwykle ma to być zarobek. Tak było i tym razem. Zatrzymuje parę samochodów. Wszyscy chcieli zapłaty. Odmawiam, ale w końcu zatrzymałem samochód dostawczy, a potem kolejnego tira i w ten sposób przemieszczałem się przez tę górzystą krainę. Trafiłem jednak na dobrych ludzi i wskutek nieporozumienia kierowca małego autobusiku postanowił nie pobrać opłaty i zawieść mnie do Pokhary za darmo.

Od pola ryżowego, na którym się obudziłem do celu było około 90 kilometrów. Nepal ma jednak swoje prawa. Będąc tutaj należy się do nich przystosować. Jadąc autobusem od początku na pewno dotarłbym na miejsce nieco szybciej. Jednak pokonanie tej drogi w trochę łamany sposób jaki wybrałem, zająło mi cały dzień. Do Pokhary dotarłem po zachodzie słońca. Sytuacja ta obrazować może stan drug w całym kraju. Zaznaczyć również należy, że jest to jeden z głównych nepalskich szlaków komunikacyjnych.

Dzięki internetowi, z którego udało mi się skorzystać wcześnie (był wyjątkowo wolny, ale był), udało mi się zdobyć dwa numery do ludzi z Pokhary. Pierwszy nie odpowiadał. Z drugim udało się skontaktować. Był to młody przyjaźnie nastawiony nepalski student. Niestety nie można było zatrzymać się u niego w domu, stwierdził jednak, że może mi pomóc znaleźć tani guest house. Wszystkie w okolicy są po 700, 500 czasem 400 rupi za noc. Nie ma to jak miejscowy chłopak. Zaprowadził mnie do przyjemnego hoteliku za jedyne 250 rupi. Do tego pokazał niezłą i niedrogą restaurację oraz opisał miejsca warte odwiedzenia w Pokharze i okolicach. Będąc w obcym mieście w obcym państwie zwłaszcza po raz pierwszy tego typu pomoc może okazać się nieoceniona. Jest to niewielki wysiłek, oszczędność natomiast niesłychana i najlepsza możliwość dowiedzenia się czegoś o okolicy (nie tylko o turystycznych miejscach) oraz poznania ludzi i kultury z bliska. Szereg serwisów internetowych umożliwia tego typu kontakty.

Pokhara jest szóstym co do wielkości miastem w kraju. Z uwagi na bliskość Himalajów jest również miejscem, z którego turyści często rozpoczynają górskie wędrówki. Pokhara jest miastem wyjątkowym między innymi dlatego, że położona jest nad dużym malowniczym jeziorem Phewa Tal. Na małej wysepce na jeziorze znajduje się hinduska świątynia, do której bez ustanku kursowały łodzie zapełnione po burty turystami oraz czasem- wiernymi.

Powoli chłodny poranek zmienił się w ciepły dzień. Postanowiłem odwiedzić kilka z miejsc, poleconych mi przez poznanego ostatnio studenta. Najpierw ruszyłem więc do słynnego w okolicy wodospadu. Aby tam dotrzeć należało zagłębić się odrobinę w góry, skutkiem czego wielokrotnie gubiłem drogę. Nie miało to jednak specjalnego znaczenia ponieważ widoki zdecydowanie to rekompensowały. Trasa wiodła przez długi most linowy, zawieszony nad dużą rzeką. W dole, w upale dnia, ludzie kąpali się i prali rzeczy. Po wspięciu się na jedną z gór można było obserwować widok roztaczający się na puste pola, na których gdzie nie gdzie ludzie pracowali. Nad ich głowami szybowały jak dziecięce latawce ogromne sępy, czyhające na ewentualny łup. Polne przestrzenie wyglądały zupełnie inaczej niż te, które znałem. Podzielone były na małe kwadraty, a uprawiło się na nich roślinność, której często nie byłem w stanie rozpoznać. Podobnie zresztą jak roślinność leśna, która często była dla mnie zupełnie obca. Było tu wiele nowości i niesamowitości. Na skraju lasu miejsce do polowania upodobały sobie, również obce mi, ogromne pająki. Porozstawiały wielkie sieci obok siebie tworząc z nich blokadę i tkwiły nieruchomo i cierpliwie w oczekiwaniu na ofiary. Po dłuższej wędrówce wreszcie dotarłem do rzeczonego wodospadu. Był faktycznie ogromny i piękny. Jednak poustawiane wokół niego brzydkie stare barierki, mające za zadanie chronić ludzi przez wypadkiem, (w rzeczywistości miały skutek odmienny, ponieważ większość ludzi chcąc mieć lepszy widok wspinała się na nie lub przełaziła na drugą stronę), skutecznie szpecił piękno jakie natura tu wytworzyła.

Czas w Pokharze mijał mi na kontemplacji przyrody i inności kulturowej tej krainy. Postanowiłem również odwiedzić buddyjską świątynię położoną na jednej z okolicznych gór. Droga choć stosunkowo stroma okazała się bardzo malownicza. W pewnym momencie można było podziwiać panoramę miasta nad jeziorem, które położone było w dolinie. Świątynia Buddy jest jednym z czterech najważniejszych miejsc dla buddystów na świecie. Jest to biała duża budowla otoczona schodami. Znajdują się tu cztery posągi z czterech różnych stron świata- min Tajlandii, Japonii i Nepalu, symbolizujące istotne miejsca dla Buddyzmu. Jednym z nich jest Lumbini, miejsce narodzin Buddy, które również miałem zamiar odwiedzić. Gdybym był buddystą odwiedziłbym więc dwa z czterech najważniejszych dla mojego wyznania punktów, co nie często zdarza się zagorzałym wiernym w czasie całego życia.

Z miejsca położenia świątyni roztacza się niesamowity widok na góry – najwyższe na świecie – Himalaje. Możliwy do podziwiania tylko przy dobrej pogodzie. Widać stąd między innymi Annapurna- dziesiąty co do wielkości szczyt Ziemi. Szczęściem widoczność była idealna. Ogromne ośnieżone szczyty z królewskim majestatem górowały władczo nad całą okolicą. W dole widać było schowaną Pokhare, potulnie leżącą pod ogromnymi górami. Widok szczytów wyzwala w człowieku wielki szacunek do siły i ogromu przyrody oraz dziwną chęć znalezienia się na tych białych szczytach. Próżnym jest próba zrobienia zdjęcia, które choćby w części oddało by ten niezwykły widok. Zapisałem więc go w pamięci aby był tam schowany do końca życia.

Po męczącym dniu nie można liczyć na ciepły prysznic. Wyjątkową rzadkością w Nepalu jest ciepła woda. Do tej pory udało mi się trafić na nią raz, podczas pobytu w sierocińcu i to przez chwilę. Poza tym wyłącznie zimna. W tak biednym kraju ciepła woda stanowi luksus nie dostępny wszystkim. Wodę często trzyma się w dużych, czarnych baniakach na dachach budynków. Kolor baniaków nie jest bez znaczenia ponieważ podczas słonecznego dnia woda ma szansę trochę się ogrzać. Mamy wtedy zamiast zimnej letnią.

Miasta w tym kraju obwieszone są tysiącami kabli. Zwisają one w niepojętej plątaninie od słupa do słupa. Taki chaos jest między innymi przyczyną częstych braków dostawy prądu. Nie rzadko zdarza się, że całe dzielnice nagle gasną. Zwykle usterka zostaje naprawiona w czasie nie dłuższym niż pół godziny. Kiedy na przykład jesteśmy w kawiarni internetowej i zdarzy się tak usterka właściciel stara się jak najszybciej temu zaradzić i uruchamia coś w rodzaju zasilania awaryjnego. Przerwa w dostawie prądu i uruchomienie dodatkowego jego źródła jest sprawą, za którą ludzi w Polsce by przepraszano i być może zwrócono koszty tu jednak należy zapłacić za to ekstra. Właściciel tłumaczy, że przecież dodatkowe zasilanie jest droższe więc należy zapłacić więcej. Bywa to wyjątkowo irytujące zwłaszcza jeśli dzieje się kilka razy pod rząd.

Moją ostatnią noc w Pokharze postanowiłem spędzić nad jeziorem w namiocie. W poszukiwaniu dogodnego miejsca do rozbicia zauważyłem kilka namiotów w okolicy. Ludzie tam będący widząc mnie zapraszali do siebie. Okazało się, że był to Francuz i Hiszpanka. Oboje przyszli w odwiedziny do Japończyka, który mieszka tu już dłuższy czas. Japończyk ów był 59 letnik mężczyzną o długiej siwej brodzie. Obozował w niedużym namiocie przykrytym paroma płachtami przeciwdeszczowymi. Wyglądał niesamowicie orientalnie. Był również bardzo miły i na powitanie zrobił mi kubek kakaa. Rozpalił również ognisko by przyrządzić coś do jedzenia. Długo siedzieliśmy razem i rozmawialiśmy. Japończyk pokazał najlepsze miejsce do rozbicia namiotu w sąsiedztwie swojego. Przemieszczał się on lokalnymi autobusami, z dużym plecakiem na plecach i sporym bębnem z przodu. Bardzo podobało mu się w Pokharze, mówił, że mógłby tu zamieszkać. Jednak niebawem kończy mu się nepalska wiza i będzie musiał wrócić do Indii gdzie planuje spędzić pół roku. Udaje się do najmniejszego indyjskiego stanu Goa słynącego z doskonałej pogody i wspaniałych plaż. Stan ten w przyszłości jest również moim celem. Japończyk dorabiał odrobinę oferując tajski masaż. Zdarzało się, że ludzie z tego korzystali. Mówił, że pochodzi z Okinawy i ma tam domek na drzewie. Dlaczego jednak podróżuje? Jaki ma cel? Co w wieku niemal 60 lat skłoniło go do opuszczenia domu? Te i wiele innych pytań jakie krążą wokół jego postaci pozostały zagadką. Mam wrażenie jednak, że historia którą mógłby przedstawić była by smutna. Japończyk opowiadał, że przy ładnej pogodzie naciera się popiołem z ogniska i wskakuje pływać w Phewa Tal. Jego tymczasowe obozowisko składało się z poznajdowanych i ponaprawianych przez niego przedmiotów takich jak mały pleciony stolik, który udało mu się nareperować. Po długiej rozmowie Japończyk schował się w swoim namiocie, a z głębi wydobywał się dudniący dźwięk bębna. Rytmiczne uderzenia towarzyszyły mi, aż do zaśnięcia.

Rano budziła mnie zgraja dzieci odbywających tutaj szkolne zajęcia sportowe. Co jakiś czas piłka uderzała w mój namiot. Oznaczało to koniec snu. Udałem się po śniadanie, którym podzieliłem się z Japończykiem on w zamian dał mi herbatę. Ustaliliśmy na jakiej plaży w Indiach będzie obozował w przyszłości. Możliwe, że jeszcze się spotkamy.

Tak czy inaczej na mnie już czas. Opuszczam to niezwykłe miasto nad jeziorem. Następny cel – Lumbini – miejsce narodzin Buddy...


comments powered by Disqus
Tagi: Nepal  

REKLAMA

Nasz kanał na YouTube


Facebook

 

REKLAMA
Booking.com

o autorze  |   o stronie  |   reklama  |   kontakt  |   polityka prywatności  |   Regulamin
Copyright 2012-2017 © TanieZwiedzanie.com. Wszelkie prawa zastrzeżone
×

Odbierz darmowego e-booka

Zapisz się na newsletter i otrzymaj darmowego e-booka "Ile to kosztuje?" - w którym liczymy, ile powinny kosztować wyjazdy do różnych miast w Europie. Dodatkowo czasem otrzymasz informację o promocyjnych lotach czy nowościach na stronie.